sobota, 6 kwietnia 2013

Kolejna reaktywacja?

Tak jak myślałam i przepowiadałam, blog sobie umiera śmiercią powolną. Wina właściwie leży nie w tym, że człowiek nie ma o czym pisać. Właśnie jest dużo rzeczy, o których można byłoby pisać. Ale nie chce się. W moim przypadku pisanie posta zajmuje ponad godzinę, jak nie lepiej. Dlaczego? Dlatego, że to nie jest taki super spontan. Nie piszę i nie wysyłam od razu. Notka pisana jest skrupulatnie, sprawdzam po parę razy gramatykę, stylistykę, żeby wstydu nie było. Dodaję, usuwam.. no i jeszcze samo pisanie zajmuje trochę czasu - bom gaduła to i dużo tekstu. Tak więc, jak mnie nachodzi chęć, to szybko ona ze mnie uchodzi na myśl o tej całej procedurze. A już tyle razy od października miałam popisać..  Tyle rzeczy się działo, że głowa mała. O tym też chciałam pisać... ale leń, smutek, niechęć, strach wszystko to co miało wpływ ostatnio na moje życie zniechęcało do większego wysiłku. Nie obiecuję poprawy, bo pewnie na tym wpisie się skończy moja mega wielka chęć pisania czegokolwiek. Bo też człowiek podświadomie chciałby, żeby ktoś to czytał. Nawet, jak są to nudy o niczym. Żeby chociaż jakaś dyskusja była w komentarzach czy coś... Zobaczymy czy się zbiorę za pisanie. Jeśli w najbliższym czasie nie zbierzemy dup ze Szkotlandką i czegoś nie zaczniemy tworzyć, to najlepszym rozwiązaniem będzie tak, jak w przypadku już paru jej czy naszych wspólnych prób pisania, po prostu usunąć bloga, ot co.

środa, 10 października 2012

Akademik cz.2

Człowiek nie wchodził z trzy miesiące na bloga i praktycznie to, co opanowałam w miarę z funkcji i narzędzi bloga, gdzieś w mojej pamięci przepadło i od nowa muszę wszystko kojarzyć, jakbym świeżo założyła bloga... ale ja nie o tym;)
Tytuł mówi sam za siebie o czym będzie notka. I najprawdopodobniej zrobi się z tego niezła telenowela, stąd już dałam numerek do tytułu, żeby później było łatwiej odnajdywać moje skargi. Moi kochani (jak to mówi do nas nasz kolega ze studiów) mam zmieniony akademik. Po trzech latach przerzucono nasz wydział do innego akademika. Powinniśmy się cieszyć, ponieważ jest to świeżo, bo rok temu, odremontowany akademik; ale nie ma się z czego cieszyć. Nie podoba mi się nic. Nie podoba mi się umeblowanie (w naszym akademiku starym też takie było, ale myśmy w pokoju akurat miały inne;), nie podoba mi się łazienka i tak ogólnie nie podoba mi się cały akademik włącznie z obsługą:P Wylądowaliśmy chyba w najbardziej imprezowym akademiku, a dla osób, które nie lubią balować, chlać to jest i będzie ciężka przeprawa:/ A co jest najśmieszniejsze, wydział który tak imprezuje i który tam mieszka wydaje się, że powinien tylko kuć, kuć i kuć a tu dupa! Nie minęły dwa tygodnie, a już mamy ochotę uciec z tego pokoju i przenieść się gdziekolwiek - nawet na korytarz naszego starego akademika. Kierowniczka strasznie surowa - noclegi legalne - pomarz sobie; panie w recepcji kolejne essesmanki. Jak pokazujesz kartę mieszkańca, to z tego okienka recepcji aż wyskoczą, żeby zobaczyć czy aby na pewno to ty - szkoda, że nie ma jeszcze skanowania siatkówki i linii papilarnych... Drzwi. Te cholerne drzwi! Wszędzie są te cholerne (nie wiem jak to się naukowo nazywa) zawiasy, sprężyny(?) które powodują, że drzwi się ciężko otwiera i od razu zamykają za Tobą. Można byłoby to przeżyć, gdyby nie to, że teraz zapierdzielaj z garnkiem i żarciem piętro niżej! Bo szanowna kierowniczka musiała zamknąć Tobie kuchnię (jeszcze ponad tydzień temu, na cztery piętra działała tylko jedna - na pierwszym!!) i teraz idź na to pierwsze piętro! Powodzenia! Otworzyć będziesz musiał sobie drogi czytelniku jedynie trzy albo cztery drzwi! Oczywiście trzymając przy tym garnek lub lepiej patelnię z nagrzanym olejem i resztą zawartości. Na pytanie zadane pod koniec września, czemu kuchnia zamknięta, dostałyśmy odpowiedź, że będzie tak raczej tylko do tygodnia, a zamknięta, bo blacik się uszkodził. No kurwa! Całą kuchnię zamykać przez jeden blat?! My dwa lata gotowałyśmy w kuchni, gdzie był uszkodzony piekarnik plus przez dwa miesiące nie działała jedna płyta i nikt od tego nie umarł. Nie daruję tej kuchni i prędzej czy później, a może to się stać w przeciągu tygodnia, mam zamiar znowu się przejść i spytać o kuchnię... i jak odpowiedź mnie nie usatysfakcjonuje to pójdę na skargę do wyższej instancji. A co tam! Za coś płacę! Nie płacę za to, żeby latać po piętrach z żarciem. A jak komuś zrobię krzywdę lub sobie? To kto będzie za to odpowiadać? Bo chyba nie ja. I przez tą kuchnię z tymi głupimi drzwiami, odechciało mi się gotować. Jeśli już coś gotuję, to wtedy kiedy mój chłopak mi pomaga, bo tak to dania jednogarnkowe i mało skomplikowane tworzę.
Ludzie... ludzie tu są przeokropni i jacyś tacy zimni, jak to określiła jedna z naszych koleżanek, która też tu wylądowała. Więc to nie tylko moje i mojej współlokatorki zdanie, że coś jest nie tak. Gapią się na Ciebie jak małpkę w zoo. Do tego wchodzisz do kuchni, powiesz "cześć"... cisza i słyszysz tylko cykanie świerszczy, spojrzą jak na wariata i tyle. Więc nie mówię, bo po co? No i te imprezy... Jezus Maria... koszmar. Jak w naszym starym akademiku praktycznie w ogóle nie zamykałyśmy się wieczorem, to teraz często to się dzieje... a przypomnę, jesteśmy tam drugi tydzień. Właściwie to co się stało przez dwa tygodnie, to przez trzy lata w poprzednim akademiku nie stało się:/ Pierwszy tydzień: jestem sama w pokoju i włazi nagle trójka pijanych nieźle kolesi z butelkami w garści. Rozmowa: 
Koleś nr 1:"ablublublu (tj niezrozumiały bełkot)", 
Ja: "Co?"
K1: "Inżynieria ekologiczna?"
Ja: "Eee nie."
K2: "To co studiujesz?"
tu mogłam już w ogóle tematu nie ciągnąć...
Ja: "Pedagogikę"
K2: "Oooo, ja też jestem z pedagogiki" (tia jasne...) "Chodź, napić się z nami piwka"
Ja: "Nie dzięki"
K2: "No chodź bla bla bla..."
Ja: " Proszę was, wyjdźcie z pokoju!"
Na szczęście posłuchali i z pomrukiem wyszli.. ale co jeśliby nie posłuchali?
Ponownie pierwszy tydzień: już prawie późny wieczór i wypadałoby pójść wykąpać się, bo jutro zajęcia wcześnie; ale słychać, że po drugiej stronie łazienki w męskim pokoju impreza na całego. A ostrzeżona kiedyś historią mojego mężczyzny o tym, że dziewczynie jego kolegi wparowali pod prysznic (na szczęście już ubranej) ryzykować nie chciałam. Doszłyśmy do wniosku, że będziemy siebie wzajemnie pilnować, ale kąpanie też będzie w ratach. Pierwsze podejście szybko skończyło się przez pijanego kolesia bełkotem zagadującego moją współlokatorkę, kiedy mnie pilnowała... następnie poszłam myć głowę (na szczęście ubrana)... skończyłam już myć, wypłukuję wodą włosy z brodzika i słyszę, jak ktoś ręką próbuje odsunąć zasłonkę. Szarpnęłam szybko i odsłoniłam, a przede mną stał zdziwiony i zapijaczony koleś. Żałuję okropnie, aż się wyrazić nie da, że nie walnęłam go w twarz. Wiecie co mnie chyba zatrzymało? To, że nie dam mu w ryj dosyć mocno lub nie trafię:/ Bo chciałabym, żeby zapamiętał sobie to na lata... Tak więc jedyne co, to się spytałam ostrym głosem czy chce dostać w twarz? W ogóle też dla mnie niezrozumiałe, że wtedy powiedziałam tak kulturalnie, że w twarz?! Czemu nie w ryj? W mordę?! Zszokowany zaczął się wycofywać do kolesia, który się śmiał. Odchodził, a ja się wydarłam: "Co kurwa, myślałeś, że sobie popatrzysz na gołą dupę, a tu zonk?!" Nic się nie odezwał tylko się śmiali. Wyczyściłam do końca prysznic, poszłam zdjąć ręcznik z włosów, związałam je i poszłam na dół do recepcji. Nie ma bata, nie dam idiotom być bez kary. Mówię recepcjonistce co i jak, niecałe pięć minut później jest w ich pokoju iii: "karty mieszkańca poproszę". I nic mi to nie dało... koleś tamten musiał uciec, więc winny się nie odnalazł (to był dochodny kolega sąsiada), a szlachetna pani powiedziała mi, że nie zapisze tego w zeszycie skarg, bo nikomu się nic nie stało... no jasne przecież:/ Od tego momentu mam uraz do prysznica. Moja kąpiel jest ekspresowa i tylko patrzę czy nikt mi łap nie wsadza, czy drążek z zasłonką nie spada (kolejny powód do mojej nerwicy) i czy ktoś z tamtej strony nie włazi do łazienki. Masakra. Już zapowiedziałam mojemu chłopakowi, że w weekendy jak będę sama w pokoju, a będą imprezy, to ma mnie pilnować, bo inaczej będę chodzić spać brudna;/
Współlokatorka... mamy jakieś to szczęście, że mamy wolny pokój. Oczywiście tak pięknie nie było i przez moment miałyśmy współlokatorkę - anorektyczkę. Mówiłyśmy tak o niej złośliwie, ale nie zdziwiłabym się, jak coś byłoby na rzeczy. Laska chuda jak patyk, w lodówce sycące powietrze i profil z opisem "o mnie" na mordoksiążce, że nic nie smakuje lepiej jak bycie chudym i kupa zdjęć jej wklęsłego brzuchola, że jaka to ona gruba. Od początku była jakaś dziwna. Rozmawiać z nami nie rozmawiała, gdzie najczęściej od razu od drzwi zaczyna się gadka jak się nazywasz, skąd jesteś, co studiujesz bla bla bla. Nic z tych rzeczy. Właściwie ona miała nas za powietrze i my ją w pewnym momencie też, bo na siłę nic nie będziemy robić. Wchodząc i wychodząc żadne "cześć", kiedy będę czy pocałujcie mnie w dupę. A rozpieszczone toto, że głowa mała. Przyjechali jej rodzice w weekend z rzeczami. Tryb rozkazujący wobec nich, mamusia swoją 19-letnią córkę rozpakowywała, bo przecież nie może się przemęczać. Ręce nam opadały jak słyszeliśmy, jak się do nich odzywała. Pięć dni po jej wprowadzeniu się do nas - wyniosła się:D Musiałyśmy być wg niej przeokropne... i takieeeee grube za pewne w jej oczach:D Brakować nam jej nie będzie:P Dzięki temu mamy wolny pokój raczej do listopada:)
Mijają dwa tygodnie i mam dość, naprawdę mam dość... nie dość, że studia, ale przede wszystkim akademik powoduje, że czuję się jakbym spędziła tutaj już z parę miesięcy. A to dopiero dwa tygodnie... mam cichą nadzieję, że w tym akademiku już się nic nie stanie i kolejnych części pisać nie będę musiała.

Reaktywacja

Po długiej przerwie wracam(y) do pisania bloga. Przerwa była spowodowana nie tylko wakacjami... ale też paroma innymi sprawami, które w moim życiu stały się i które spowodowały blokadę w mojej psychice m.in. do pisania bloga. Prawdopodobnie o niektórych nie wspomnę w ogóle, chyba że na tak zwany "czas leczy rany", postanowię podzielić się swoimi myślami. Ogólnie blokadę zrobiła mi też szacowna uczelnia i związane z nią sprawy jak rekrutacja, presja składania dokumentów o akademik i czy w ogóle go dostanę, następnie czy dostanę się na wybraną specjalizację, jakich ludzi będę mieć (i jakich na moje nieszczęście dostałam:/) czy uda mi się mieć pokój wraz z moją coroczną współlokatorką.. i jeszcze wiele innych głupotek, które normalnych ludzi raczej nie stresują;) Oczywiście kusiło mnie, jak już trochę polepszyło mi się, żeby coś stworzyć, jednak myślałam sobie wtedy, że zacznę pisać jak się wszystko poprawi ogólnie z uczelnią... czyli pewnie jeszcze z jakiś czas powinnam nie pisać (jak nie do końca roku, a najlepiej studiów:P) Ale... no właśnie ale. Dzisiejszy dzień przeważył wszystko. Mam wielkiego doła, ot tak przez wszystko i postanowiłam sobie popisać. Nie ważne, że tego nikt nie będzie czytać, a może nawet lepiej jeśli nie będzie czytać, zwyczajnie muszę z siebie wylać potok słów. Nie wiem czy napiszę co mi na sercu leży i czemu mi źle, ale byle po prostu pisać cokolwiek, żeby móc się wyrazić, dać wyraz swoim emocjom, uczuciom...

wtorek, 5 czerwca 2012

Kiedy trzeba uczyc (sie)

Każdy chyba tak ma lub też miał, że kiedy trzeba pouczyć się lub też zrobić cokolwiek ważnego, ale niefajnego, to czuje przemożną chęć zajęcia się czymkolwiek innym byle nie nauką. A to nagle po iluś miesiącach komuś zachce się sprzątać, myć okna... a w moim przypadku napisać coś na blogu. Ogólnie pomysłu nie mam co napisać, bo ciągłe egzaminy, prace do pisania i zbliżający się wielkimi krokami egzamin licencjacki, na który nic jeszcze nie umiem zabiera mi sen i nerwy; ale sobie coś pobełkoczę;)
Ogólnie to trochę nudno na tym blogu. Pomysłów sama nie mam, a wyszukiwanie ich też nie zachęca, jeśli na blogu ruchu praktycznie nie ma żadnego. Żadnych czytelników, komentarzy. Fakt, faktem z początku miało to być pisanie dla mnie czy dla Szkotlandki. Jednakże miło byłoby od czasu do czasu przeczytać jakąś opinię dzielącą się z nami na jakiś temat. Dobra, na razie nie ma czego komentować, bo nie chce mi się wysilać mózgu do pisania mądrych notek;) Zbieram się pomału do napisania czegoś o facebooku. Bo robię furorę, bo konta na rzeczonym portalu nie posiadam:P więc trochę będzie można o tym popisać;)
Ale dzisiaj może popiszę tak o edukacji. Przeczytałam dzisiaj przerażający dla mnie jako przyszłego pedagoga artykuł, na temat pomysłu pewnego pana zajmującego się oświatą w Bielsku-Białej. Ten rzeczony pan w ramach oszczędności wymyślił, by klasy w szkołach podstawowych oraz w gimnazjach miały NIE MNIEJ niż 28 uczniów, zaś w szkołach ponadpodstawowych NIE MNIEJ niż 29 uczniów. Fajnie... ktoś powie, że kiedyś były większe klasy i ludzie żyli, i świetnie się wykształcili. Ale... no właśnie ale... wtedy był większy rygor, dyscyplina, uczniowie nie byli wychowywani bezstresowo, nauczyciel miał większe prawa (a niedługo dojdzie do tego, że nie będzie mógł podnieść głosu na dzieciaka, bo złamie się jego prawa) i nie daje sobie rady z 25 uczniami, a my tu rozmawiamy o jeszcze większej liczbie osób?! Kolejna sprawa, nauczyciel ma coraz mniejsze szanse na poznanie uczniów, ich problemów itd. Jak ma nauczyciel pomóc indywidualnie uczniowi, zauważyć czy jest utalentowane czy ma specyficzne trudności w uczeniu się, jeśli w kolejce jest kolejne 29, a lekcja trwa tylko 45 minut?
Kolejna propozycja, też mnie rozwaliła na łopatki, gdzie wspaniały pan wymyślił, żeby w małych szkołach, do 200 uczniów specjaliści jak pedagodzy, logopedzi itd. pracowali na pół etatu!! Tak więc drodzy rodzice, Wasze dziecko na pewno będzie miało wspaniałą pomoc psychologiczno-pedagogiczną na terenie szkoły; już zaklepujcie terminy w poradniach. Jeśli przyjmować, że pedagog pracuje 21 godzin, tak więc pół etatu daje 10 godzin (a ja przyznam się, że nie orientuję się czy tak będzie wyglądać pół etatu, bo o tym nie miałam, ale przyjmijmy, że tak. Jeśli popełniłam błąd to proszę o poprawkę:). Na zajęcia terapii pedagogicznej/reedukacji maksymalnie może być piątka dzieci, ale praca w takiej grupie jest ciężka. Najlepiej pracuje się z dwójką lub indywidualnie. Ale dobra, mamy tą piątkę... a więc możemy mieć na całą szkołę jedynie 50 dzieci z problemami!! I teraz decyduj pedagogu, komu się ta pomoc bardziej należy, jeśli dzieci będzie więcej! Jeszcze trzeba brać pod uwagę to, że może to pół etatu to ma być 20 godzin (pani doktor opowiadała nam o pewnej sytuacji na Śląsku, gdzie do sądu poszła sprawa pedagogów szkolnych, którzy byli zmuszeni do pracy 40 godzinnej, pomimo że powinni pracować 21 godzin. I nagle wg sądu wyszło, że nauczyciela - pedagoga terapeuty jakoś ta Karta Nauczyciela nie obejmuje i  ma pracować jak normalny pracownik - pomijając fakt, że pod innym aspektem (np. zarobków) powyższy dokument ma obejmować. A więc to wszystko w gestii dyrektora szkoły zależeć będzie czy pedagog ma pracować za określoną stawkę za 21 godzin czy za te same śmieszne pieniądze 40 godzin) to możemy przyjąć do setki.. ale co z tego?
Wracając do wywodów genialnego pana, to wymyślił... to chyba mnie najbardziej rozwaliło, że niezależnie od liczby dzieci w świetlicy szkolnej ma być jeden wychowawca. A więc powodzenia z zajęciem się dajmy 30 dzieci. Ale oczywiście, jak któremuś dziecku coś się stanie to będzie to Twoja wina, drogi nauczycielu, bo nie zadbałeś o dziecko i nie miałeś oczu wokół głowy.
Nauczyciele i rodzice są oburzeni tymi propozycjami i ja też. Ale czego się nie wymyśli byle znaleźć oszczędności. Zamiast obniżyć swoje piękne pensje i zwolnić ileś urzędasów, którzy siedzą na dupie i nic nie robią, to lepiej bić w edukację dzieci oraz w ich możliwość rozwoju. Oczywiście teraz rzecznik prasowy broni się, że to tylko propozycje i szkoły nie muszą do tego dostosowywać się... aha... jasne:/ Chyba nawet nie wiem, jak można skomentować ten artykuł. Zastanawia mnie tylko co robi ten pan w takiej instytucji. Czy w ogóle interesuje się statystykami, tym co się dzieje w szkołach czy on w ogóle posiada jakiekolwiek wykształcenie pedagogiczne?? Bo to, co on zaproponował, to krzyczy jedynie o pieniądze; bo wiedzy nie widać... i tym skończę na dzisiaj.

niedziela, 27 maja 2012

Eurowizja

Jak co roku, tradycyjnie obejrzałam Eurowizję. Teraz zrobiłam to poprzez Internet, ponieważ nasza kochana, opłacana publiczna telewizja powiedziała, że nie ma na transmisję pieniędzy (tak, tak, ale na pensje w przedziale 30tysięcy złotych dla dziennikarzy są) i nie będzie pokazywać (no dobra, i tak bym nie oglądała w TV, bo nie posiadam takich luksusów w akademiku, ale nawet:P) Eurowizji. Oglądanie w Internecie nie byłoby złe, gdyby co jakiś czas nie zacinał się obraz i nie zrywało połączenia, ale to chyba była wina mojego akademikowego neta. 
Nasza polska telewizja zrezygnowała w tym roku z wysłania kandydata na konkurs, zasłaniając się nie tylko finansami, ale też argumentem, że my to nigdy nie wygrywamy. No proszę Was droga telewizjo! Jak mamy wygrywać... tfu! przejść chociaż półfinał, jeśli takie coś wysyłamy?! Mało, który utwór był dobry. Od czasów Edyty Górniak, jedynie Ich Troje doszło wysoko. Mamy piosenki albo zbyt ambitne jak z tą Isis Gee (choć sam utwór ładny jako tako), albo zbyt obciachowe jak Ivan i Delfin i z jego klatą na koniec koncertu. Nie potrafimy chyba wyśrodkować, albo wziąć przykład ze zwycięzców i mniej więcej trochę na nich się wzorować. Może dlatego powinno u nas powinno jury decydować... ale porządne składające się z krytyków, znawców, twórców, a nie z dupy wziętych "artystów". Wracając do głównego wątku...
Tym bardziej uparłam się oglądać tegoroczny konkurs, ponieważ po sprawdzeniu jakiś czas temu listy utworów, zszokowała mnie liczba bardzo dobrych melodii. Dużo było przyjemnych dla ucha, tanecznych, przytulaśkich i głosy też na poziomie. Może ten poziom wynika z braku Polski na konkursie:D Przeglądając listę znalazłam parę, które jeśli mi nie wpadły w ucho to wiedziałam, że przejdą do finału. Irlandia, Rosja, Cypr, Grecja, Szwecja i parę jeszcze innych. Tak jak myślałam przeszły:) Moimi faworytami na wygraną były Szwecja, Cypr i Rosja. Ale Cypr odrzuciłam jak tylko usłyszałam, jak artystka zaczęła fałszować. Popsuła tym piosenkę. Wtedy już wiedziałam, że Szwecja będzie musiała wygrać i wygrała:) Z piękną przewagą punktową nad drugim miejscem po sobie czyli Rosji. Czemu ja nie poszłam do jakiegoś bukmachera??? Wygrałabym niezłą kasę obstawiając dwa pierwsze miejsca:D Uważam, że Szwecja wygrała zasłużenie. Utwór wpada w ucho, jest przyjemny, laska ma głos nie tylko na płycie, ale też na żywo mocny i co najważniejsze nie fałszuje, a na to zawsze jestem wyczulona. Utwór miał szansę wygrać, ponieważ był zrobiony na styl dzisiejszej muzyki. Więc samo to już pretendowało do wygrania:) Co do Rosji, to też się spodziewałam takiego wyniku. Babushki wywołują u ludzi uśmiech, takie fajne starsze panie śpiewają i jeszcze utwór taki taneczny - połączenie klasycznej pieśni z szybką częścią. Większość głosowała za, bo po prostu im się podobała albo piosenka, albo same starsze panie:) Teraz można byłoby dać pstryczka w nos wszystkim tym, którzy narzekają na nasze Jarzębiny (Jarzębinę?) śpiewające "Koko euro spoko" czy jak ten tytuł brzmi. Przeżywano, że o matko starsze panie śpiewają, że wiocha, obciach itd. A zobaczcie na Rosjan. Wysłali na konkurs takie panie i jeszcze zajęli drugie miejsce;) Chyba tylko my mamy jakąś manię na punkcie wsi, tradycji i starości. Wracając... (ja to ma manię odchodzenia od głównego tematu;) )
Po Rosji już nie rozumiałam tego, czemu niektóre kraje tak wysoko uplasowały  się. Taka Albania... ta kobieta wyła tak, że uszy krwawiły!! Miałam ochotę pojawić się przy scenie i rzucić w nią siekierą, bo ten utwór był nie do wytrzymania! Chyba tylko całkowite ściszenie na laptopie sprawiłoby ulgę, bo na minimalnej głośności miałam wrażenie, że jest na full:/ Albo taka Macedonia - smętek. A sympatyczna Irlandia, Ukraina czy Włochy z tyłu - no Włochy jeszcze się trzymały. Albo wynik Wielkiej Brytanii w ogóle dla mnie niezrozumiały. Utwór śpiewany przez starszego pana, który nieźle się trzyma jak na swój wiek; wyciągał też bardzo dobrze, utwór przyjemny, taki misiakowaty i praktycznie na końcu:| Drażniły mnie i drażnią dodatkowo komentarze, że za stary na śpiewanie itd. Ludzie! Wiele artystów dzisiejszych nie potrafi tak wyciągnąć jak on. Zresztą chyba wiek nie powinien świadczyć o poziomie umiejętności:/ Albo taka Norwegia... no dobra... taki Chris Brown norweski, ale utwór też nie był zły i szary koniec. A utwory, które nie były zbytnie (wspomniana wcześniej Albania) zaszły tak wysoko. Ale to wina chyba głosowania. Czasami jestem za tym, żeby powrócono do tego co opowiadali moi rodzice, że kiedyś zwycięzcę wybierali jurorzy. Podczas aktualnego głosowania, można obstawiać kto ile dostanie od jakiego państwa. Sąsiad sąsiadowi tyłek liże. UK -> 12 pkt dla Irlandii, Cypr -> 12 pkt dla Grecji, Białoruś -> 12 pkt dla Rosji; Norwegia, Finlandia -> 12pkt Szwecji. Ile faktycznie jest w tym gustu, a ile lubienia, polityki itd? Oglądając podawanie punktacji wiedziałam, jaki kraj komu ile da punktów. Pod tym kątem wiele znanych osób zgadza się ze stwierdzeniem, że trzeba zmienić sposób przyznawania punktów. Wielu ludzi ten aspekt punktacji zniechęca do oglądania Eurowizji. A sam w sobie konkurs przecież zły nie jest:)
I tak na podsumowanie tegoroczna zwyciężczyni:):



niedziela, 20 maja 2012

Noc muzeów 2012

Z wczoraj na dziś odbyła się Noc Muzeów. Był ktoś? Ja byłam wraz z chłopakiem po raz pierwszy. W poprzednich latach nie było możliwości, bo wypadały mi zjazdy na studiach zaocznych, albo chłopak nie miałby jak u mnie przenocować. Teraz jednak postanowiliśmy pójść. Jechaliśmy z zamiarem zobaczenia paru miejsc: Bibliotekę Centralną Polskiego Związku Niewidomych, Muzeum Techniki, Synagogę, Fotoplastikon i w dobrym przypadku Muzeum Ewolucji lub też Pałac w Wilanowie. Z tego wszystkiego udało nam się tylko zwiedzić bibliotekę. Przyjechaliśmy tam na 20, bo według programu miały zacząć się warsztaty. Właściwie ich nie było, ale wrażeń dostarczyło nam w ogóle bycie w tym miejscu... ale o tym później napiszę. Po bibliotece, w której byliśmy do 22, postanowiliśmy pojechać do Synagogi, gdzie od 22.30 miały zacząć się wycieczki po niej. Dotarliśmy na 22.20, doszliśmy... a tam duuuuża kolejka. Mężczyzna mój spytał ze zdziwieniem i lekkim oburzeniem czy ja chcę w tej kolejce stać, a ja odpowiedziałam, że owszem, ponieważ kolejka szybko szła. I szła szybko... do czasu:/ Kiedy już praktycznie byliśmy z 5 metrów od wejścia, kolejka stanęła. No więc trzeba było poczekać. Stoimy... stoimy... stoimy... no i stoimy. Mija 10, 20, 30, 50 minut i nic!! Przesuwaliśmy się do przodu tylko dzięki temu, że ludzie rezygnowali. Mnie już nogi dawały w kość, bo jednak stanie i chodzenie w dwie godziny w balerinach bez możliwości usadzenia swych czterech liter, a następnie kolejne stanie nie dawało zbytnio fascynujących odczuć. Wreszcie ktoś stojący za nami o godzinie 23.20 wysłał swoją córę, żeby dowiedziała się od goryla, kiedy to wszystko się ruszy. Dziewczę wróciło po jakimś czasie i mówi, że o północy. Moja reakcja w myślach: WTF?! Czekam godzinę i mam jeszcze czekać kolejne 40 minut, żeby wejść i zobaczyć synagogę?! Co można pokazywać ludziom przez 1,5 godziny w małym miejscu? W kościołach tyle nie dałoby rady się pokazać.... no i skapitulowaliśmy. Chłopak dał mi wolną rękę, że on może poczekać, że jeśli mi zależy... ale mnie już nie zależało. Jedyne o czym marzyłam, to gdzieś wreszcie usiąść i żeby moje stopy mogły odpocząć. Obydwoje nie mieliśmy sił na pójście jeszcze gdziekolwiek, więc szybko wróciliśmy do akademika i przed pierwszą spaliśmy już twardym snem. A nogi jeszcze teraz bolą:/
Teraz cofając się do zdania relacji z biblioteki. Miejsce fascynujące i jak jesteście z Warszawy i za rok biblioteka otworzy się dla ludzi, to idźcie na to. Jeżeli jesteś nauczycielem, zorganizuj dzieciom wycieczkę tam, ponieważ organizują oni zajęcia, a to i będzie miało walory mega edukacyjne jak i wychowawcze. 
Było jeszcze spokojnie, kiedy przyszliśmy - tylko mała grupa ludzi. Cieszyło mnie to bardzo, bo tłumów zbytnio nie lubię i była możliwość zobaczenia wszystko na spokojnie. Pokazano nam, żebyśmy podeszli do pewnej pani i pana (którzy zresztą byli niewidomi), żeby podać im nasze imiona, a oni napiszą w alfabecie Braille'a. Przyznam, że byliśmy lekko speszeni. Jednak na co dzień, człowiek mało kiedy ma możliwość przebywania z takimi ludzi. Nie wie jak się zachować, boi się zrobić coś głupiego i ogólnie czuje się nieswojo... bo ja widzę a on nie. Podaliśmy imiona; moje imię pani wybiła na maszynie braillowskiej, zaś mojego chłopaka, pan na takiej specjalnej tabliczce. Jak on to szybko zrobił! Dostaliśmy karteczki i akurat zaczęła się wycieczka z inną panią niewidomą i jej suczką - przewodniczką, która chyba zwała się Viva. Na początku, pewien pan opowiadał nam o możliwościach jakie daje dzisiejsza technika. Niewidomi mogą słuchać audiobooków, ze specjalnych urządzeń, wielkości może połowy dłoni, które bez problemu wyszukają Tobie stronę czy rozdział. Mogą przyspieszyć tempo czytania jak i bardzo spowolnić - jak prawie przeliterowanie. Mają kartę pamięci, którą wystarczy wsadzić do komputera, gdzie można wysłuchać książkę, przeczytać jeśli jest się słabowidzącym, lub jak zrozumiałam poprzez chyba specjalny program zamienić to na alfabet Braille'a i wydrukować - ale z tym akurat to nie jestem pewna czy dobrze usłyszałam. Przykładowo "Lalka" B. Prusa jest w 15 tomach napisanych w alfabecie Braille'a, a w tym małym cudeńku mieści się całość. 
Następnie zostaliśmy przeprowadzeni do "Galerii", gdzie mieliśmy możliwość zobaczenia książeczek dla dzieci, które miały dodatkowo specjalne plastikowe wkładki z alfabetem Braille'a. Książeczki przeznaczone były np. dla niewidomego dziecka i widzącego rodzica lub też odwrotnie. Oprócz tego można było samemu pobawić się i napisać coś na maszynie braillowskiej lub też na specjalnej tabliczce - tej, na której wcześniej niewidomy napisał imię mojego chłopaka. Postanowiłam sama też napisać jego imię:) Coś ciężkiego. Pierwszy problem, że trzeba było to zrobić od tyłu, i jeszcze te wszystkie układy każdej z literek. Po pierwszych dwóch literach zrezygnowałam z tego. Mieliśmy możliwość zobaczenia jak wyglądał kiedyś sposób pisania przez niewidomych. Były różne alfabety. Było pismo Wilhelma Kleina czy też alfabet Wiliama Moona. 

Mniej więcej tak wyglądała ta tabliczka. Tu: Rosyjska tabliczka dwustronna, interlinijna

Pismo Wilhelma Kleina
Alfabet Wiliama Moona

Fascynujące było przejrzenie atlasów geograficznych, tablicy Mendelejewa, książek do nauki. Coś wspaniałego, jak sobie ci ludzie radzą. Po tym wszystkim przeszliśmy do biblioteki z audiobookami. Ogólnie nic nie usłyszeliśmy co tam opowiadano, bo była za duża grupa i byliśmy na samym końcu grupy:/ Następnie udaliśmy się już z nową panią przewodnik i jej psem Fokusem do biblioteki z woluminami. Opowiedziała nam swoją historię, jak straciła wzrok na drugim roku studiów przez wypadek komunikacyjny. Jest dziennikarką, prowadzi radiową audycję, pracuje w bibliotece. A Fokus ma dziewięć lat i a jego spojrzenie było tak śliczne i mądre, że chciałoby się go zagłaskać:) Poszliśmy wgłąb biblioteki, gdzie opowiedziano nam o woluminach, pokazano pracę urządzeń do pisania - czego nie widziałam, bo znowu wyszło, że byliśmy gdzieś pod koniec;/ Jednak potem dopchałam się i miałam możliwość zobaczenia, jak pani wywija na maszynie braillowskiej. Taka prędkość zszokowała wszystkich. Wytłumaczyła nam, jaka jest zasada pisania (na maszynie macie tylko sześć przycisków) i na życzenie paru osób napisała jakieś zdania. Odpowiedziała też na paręnaście pytań, po czym wycofaliśmy się z pomieszczenia.
Po zwiedzeniu wszystkiego, stanęliśmy w kolejce do miejsca, gdzie mieliśmy przez moment poczuć się jak osoba niewidoma. Był to najprawdopodobniej korytarz, w którym było ciemno. Dodatkowo dostawało się opaskę na oczy i laskę. Obok szedł przewodnik, który miał jak coś udzielić pomocy. Na drodze stały różne przedmioty jako przeszkody. Ja mogę powiedzieć, że na jedną wpadłabym, ale dało się jakoś radę:) Inna trasa zaliczała jeszcze schody - na szczęście ta trasa mnie ominęła, ale mój chłopak miał nią przyjemność iść. Ogólnie wrażenie jest na swój sposób fascynujące i straszne zarazem. Nic nie widzisz, tylko ciemność i musisz iść. Laska sporo pomaga, jednak w momencie jak się natrafia na przeszkodę jest ta chwila lęku co dalej... czy w bok czy jak? I miałam takie nieodparte wrażenie, że zaraz o coś walnę głową. Tak mocne to było przeświadczenie, że chcąc czy nie, coraz bardziej swoją głowę schylałam. Okazało się, że nie tylko ja miałam takie odczucie, bo mój chłopak podobne i też ciągle schylał się. W kolejce staliśmy dosyć długo, pomimo że nie było tak dużo osób. Staliśmy 45 minut... a za nami kolejka rosła coraz bardziej. W międzyczasie stania, obejrzeliśmy gry planszowe itd, jakimi posługują się osoby niewidome. Był chińczyk z wypustkami czy kostka Rubika, domino, gdzie oczka były wypukłe, szachy, warcaby i książeczka z paletą barw. Z początku nie rozumiałam o co chodzi z nią. Jak kolory mogą mieć faktury (materiały), np: kolor czarny taki był mechaty. I zrozumiałam! Bo przypomniały mi się przeglądane wcześniej książeczki w tym materiałowe. Materiały były różne w dotyku, a dzieci w taki sposób miały rozróżniać kolory. Mężczyzna mój postanowił także rozwiązać grę z zasłoniętymi oczami, w której zadaniem było wsadzenie odpowiednich kółeczek z kolorem - materiałem o różnej fakturze, to odpowiednich dziurek, w której też był dany kolor/faktura. Poradził sobie naprawdę bardzo dobrze z tym:) i podsumował, że jest ciężko, bo palce bolą po macaniu materiału.
Wyszliśmy z biblioteki o 22. Kolejka za nami do ciemnego pomieszczenia była niesamowita. Pracownicy byli pozytywnie zaskoczeni, ponieważ nie spodziewali się takiego napływu ludzi. Była to ich pierwsza Nocy Muzeów, ale nie zdziwię się, że zachęceni tak dużym zainteresowaniem otworzą swoje drzwi i w następnym roku. To były naprawdę niesamowite dwie godziny. Dwie godziny edukacji i jeszcze większego wzrostu szacunku dla tych ludzi, za to jak sobie potrafią radzić. Nie żałuję, że tam poszliśmy, a gdybym mogła to poszłabym tam jeszcze raz.

piątek, 18 maja 2012

Akademik

Nudząc się, a właściwie nie chcąc się uczyć na zbliżającą się szybkimi krokami sesję, postanowiłam napisać notkę. Zastanawiając się nad tym, o czym napiszę, a pomysłów o dziwo sporo, postanowiłam popisać trochę i ponudzić oooo ... ale najpierw obejrzcie;) 

 

Kiedyś sobie powiedziałam, że nigdy w życiu nie będę mieszkać w akademiku. Jak to w moim przypadku się zdarza, zawsze, ale to zawsze jak mówię, że nigdy to najczęściej to się dzieje :D. No i mieszkam w akademiku. Akademik zawsze kojarzył mi się z wielkim syfem, brudem, uciekającymi po kątach robalami, jedną łazienką na całe piętro, mega wielkimi imprezami i w ogóle jedną wielką masakrą (ogólnie ten filmik świetnie przekazuje moje wyobrażenia;D). Za pewne w naszej Polsce jeszcze takie akademiki istnieją, (jak np akademik UJ, który po interwencji Sanepidu został  dopiero odremontowany na picuś glancuś - oczywiście linka jak na złość teraz nie dam rady znaleźć) ale chyba już są rzadkością?
Moje pierwsze zetknięcie z akademikiem było przed studiami dziennymi, kiedy przyjechałam na noc do chłopaka. Wchodząc przeżyłam szok, bo nigdzie nie zobaczyłam syfu ani karalucha. Wszędzie było ładnie, czysto, jasno - obłęd! Akademik bardzo mi się spodobał. Było cicho i naprawdę wysoki standard. Tak mi się spodobał, że postanowiłam próbować dostać się na tę uczelnię, do której one należą i tak już się męczę w nich trzeci rok, a jeszcze czekają dwa kolejne.
Przeżywając ten trzeci rok, mogę tylko powiedzieć, że nie każdy nadaje się do akademika. Trzeba mieć dużo nerwów do tego, bo wszystko zależy na jakiego człowieka trafisz w pokoju. Chyba też lepiej nie kierować się liczbą osób w pokoju. Na pierwszym roku postanowiłam być w pokoju dwuosobowym, bo doszłam do wniosku, że łatwiej sobie poradzę z jedną laską, niż gdybym miała przeciwko sobie dwie. No i się przejechałam, bo z tą jedną nie dawałam sobie rady:/ Na kolejny rok już poszłam do trójki z koleżanką, gdzie ma to swoje plusy, ale też minusy, bo nie wiemy nigdy jaka ta trzecia się pojawi.
Ale do rzeczy. Jeśli jesteś pedantem i zamieszkasz z brudasem czy bałaganiarzem, nie wyrobisz nerwowo, wiem to z doświadczenia. Jeśli lubisz ciszę i spokój, i trafi Ci się imprezowicz (lub też odwrotnie) też masz przerąbane. Ogólnie jedyną receptą na to, żeby przeżyć w spokoju mieszkanie, to mieć dopasowanych do siebie współlokatorów. Ciężko jest wytłumaczyć imprezowiczowi, że lubisz ciszę i spokój, i nie kręci Ciebie wypicie iluś butelek czegoś tam; lub bałaganiarzowi, że fajnie byłoby chociaż raz na tydzień, a nie wtedy kiedy już worek ze śmieciami dostał własne życie, iść go wyrzucić. Pewnie jest też inaczej, kiedy mieszkają faceci, a kiedy mieszkają razem dziewczyny. Z obserwacji życia mojego chłopaka w akademiku, panowie nie szczypali się, opierniczali i wyzywali wzajemnie ile się dało o coś, co drugiemu nie pasowało. Powiedzieli co chcieli, zrobili, był spokój i normalnie do siebie odzywali. Zastosuj to teraz wśród dziewczyn: "nie powiem, bo się jeszcze obrazi", "nie powiem, bo będzie potem mścić się", " nie powiem, bo mnie obgada"; a jak już powiem, to jest foch! Jeden wielki FOCH, jak stąd do Krakowa, bo śmiałaś zwrócić uwagę. Cytując mojego chłopaka: "Wy baby nie macie jaj!" i zgadzam się, nie mamy:/ Bo my za dużo myślimy, żeby dogodzić innym i tego efekt, że nam żółć podchodzi do gardła na widok drażniących rzeczy, ale słowem się nie odezwiemy i idziemy co najwyżej obgadać współlokatorkę do kogoś.
Mieszkanie w akademiku jednak ma też swój urok. Możesz poznać nowych ludzi, nowe znajomości; jeśli znasz w miarę dobrze język, to możesz go bardziej rozwinąć i poczuć się bardziej międzynarodowo;) A ludzie są różni. Jedni przyjeżdżają do akademika nastawieni na naukę i spokój; a inni na ciągłe imprezowanie i ta druga grupa przeżywa najczęściej ciężki szok, że w naszym akademiku jest tak spokojnie i nie ma wielkich imprez i w ogóle jak tak można?! Przypomina mi się od razu nasza 'chwilowa' współlokatorka (mieszkała aż tydzień z nami - Bogu chwała!), której pierwszym pytaniem do nas, i do innych ludzi, do których potem chciała się przenieść, to jest czy robimy imprezy. Oczywiście wielkie rozczarowanie, że nie. Nie, nie pije się na korytarzach, nie nie ma imprez na korytarzach, tak mamy obchód o północy i robi się spokojnie na korytarzach (wspominałam, że laska lat 25 i dwie inżynierki?)... no i biedna wyprowadziła się od nas, bo nie mogła przeżyć, że my nie imprezowe:D
W pokoju trzeba też niezłomnie ustanawiać jakieś zasady. Przykładowo dyżury sprzątania pokoju czy łazienki, żeby nie wyszło, że tylko Tobie zależy na czystości. Uszanowanie drugiej osoby: uczysz się - to nie zwalę Tobie na głowę moich pięciu koleżanek i będę sobie z nimi 'cicho' gadać, aż pół korytarza będzie słyszeć itd. Ale to wszystko zależy od ludzi. Bo trafi Ci się idiota i nic, ale to nic nie pomoże tylko przeprowadzka, ot tyle!