niedziela, 27 maja 2012

Eurowizja

Jak co roku, tradycyjnie obejrzałam Eurowizję. Teraz zrobiłam to poprzez Internet, ponieważ nasza kochana, opłacana publiczna telewizja powiedziała, że nie ma na transmisję pieniędzy (tak, tak, ale na pensje w przedziale 30tysięcy złotych dla dziennikarzy są) i nie będzie pokazywać (no dobra, i tak bym nie oglądała w TV, bo nie posiadam takich luksusów w akademiku, ale nawet:P) Eurowizji. Oglądanie w Internecie nie byłoby złe, gdyby co jakiś czas nie zacinał się obraz i nie zrywało połączenia, ale to chyba była wina mojego akademikowego neta. 
Nasza polska telewizja zrezygnowała w tym roku z wysłania kandydata na konkurs, zasłaniając się nie tylko finansami, ale też argumentem, że my to nigdy nie wygrywamy. No proszę Was droga telewizjo! Jak mamy wygrywać... tfu! przejść chociaż półfinał, jeśli takie coś wysyłamy?! Mało, który utwór był dobry. Od czasów Edyty Górniak, jedynie Ich Troje doszło wysoko. Mamy piosenki albo zbyt ambitne jak z tą Isis Gee (choć sam utwór ładny jako tako), albo zbyt obciachowe jak Ivan i Delfin i z jego klatą na koniec koncertu. Nie potrafimy chyba wyśrodkować, albo wziąć przykład ze zwycięzców i mniej więcej trochę na nich się wzorować. Może dlatego powinno u nas powinno jury decydować... ale porządne składające się z krytyków, znawców, twórców, a nie z dupy wziętych "artystów". Wracając do głównego wątku...
Tym bardziej uparłam się oglądać tegoroczny konkurs, ponieważ po sprawdzeniu jakiś czas temu listy utworów, zszokowała mnie liczba bardzo dobrych melodii. Dużo było przyjemnych dla ucha, tanecznych, przytulaśkich i głosy też na poziomie. Może ten poziom wynika z braku Polski na konkursie:D Przeglądając listę znalazłam parę, które jeśli mi nie wpadły w ucho to wiedziałam, że przejdą do finału. Irlandia, Rosja, Cypr, Grecja, Szwecja i parę jeszcze innych. Tak jak myślałam przeszły:) Moimi faworytami na wygraną były Szwecja, Cypr i Rosja. Ale Cypr odrzuciłam jak tylko usłyszałam, jak artystka zaczęła fałszować. Popsuła tym piosenkę. Wtedy już wiedziałam, że Szwecja będzie musiała wygrać i wygrała:) Z piękną przewagą punktową nad drugim miejscem po sobie czyli Rosji. Czemu ja nie poszłam do jakiegoś bukmachera??? Wygrałabym niezłą kasę obstawiając dwa pierwsze miejsca:D Uważam, że Szwecja wygrała zasłużenie. Utwór wpada w ucho, jest przyjemny, laska ma głos nie tylko na płycie, ale też na żywo mocny i co najważniejsze nie fałszuje, a na to zawsze jestem wyczulona. Utwór miał szansę wygrać, ponieważ był zrobiony na styl dzisiejszej muzyki. Więc samo to już pretendowało do wygrania:) Co do Rosji, to też się spodziewałam takiego wyniku. Babushki wywołują u ludzi uśmiech, takie fajne starsze panie śpiewają i jeszcze utwór taki taneczny - połączenie klasycznej pieśni z szybką częścią. Większość głosowała za, bo po prostu im się podobała albo piosenka, albo same starsze panie:) Teraz można byłoby dać pstryczka w nos wszystkim tym, którzy narzekają na nasze Jarzębiny (Jarzębinę?) śpiewające "Koko euro spoko" czy jak ten tytuł brzmi. Przeżywano, że o matko starsze panie śpiewają, że wiocha, obciach itd. A zobaczcie na Rosjan. Wysłali na konkurs takie panie i jeszcze zajęli drugie miejsce;) Chyba tylko my mamy jakąś manię na punkcie wsi, tradycji i starości. Wracając... (ja to ma manię odchodzenia od głównego tematu;) )
Po Rosji już nie rozumiałam tego, czemu niektóre kraje tak wysoko uplasowały  się. Taka Albania... ta kobieta wyła tak, że uszy krwawiły!! Miałam ochotę pojawić się przy scenie i rzucić w nią siekierą, bo ten utwór był nie do wytrzymania! Chyba tylko całkowite ściszenie na laptopie sprawiłoby ulgę, bo na minimalnej głośności miałam wrażenie, że jest na full:/ Albo taka Macedonia - smętek. A sympatyczna Irlandia, Ukraina czy Włochy z tyłu - no Włochy jeszcze się trzymały. Albo wynik Wielkiej Brytanii w ogóle dla mnie niezrozumiały. Utwór śpiewany przez starszego pana, który nieźle się trzyma jak na swój wiek; wyciągał też bardzo dobrze, utwór przyjemny, taki misiakowaty i praktycznie na końcu:| Drażniły mnie i drażnią dodatkowo komentarze, że za stary na śpiewanie itd. Ludzie! Wiele artystów dzisiejszych nie potrafi tak wyciągnąć jak on. Zresztą chyba wiek nie powinien świadczyć o poziomie umiejętności:/ Albo taka Norwegia... no dobra... taki Chris Brown norweski, ale utwór też nie był zły i szary koniec. A utwory, które nie były zbytnie (wspomniana wcześniej Albania) zaszły tak wysoko. Ale to wina chyba głosowania. Czasami jestem za tym, żeby powrócono do tego co opowiadali moi rodzice, że kiedyś zwycięzcę wybierali jurorzy. Podczas aktualnego głosowania, można obstawiać kto ile dostanie od jakiego państwa. Sąsiad sąsiadowi tyłek liże. UK -> 12 pkt dla Irlandii, Cypr -> 12 pkt dla Grecji, Białoruś -> 12 pkt dla Rosji; Norwegia, Finlandia -> 12pkt Szwecji. Ile faktycznie jest w tym gustu, a ile lubienia, polityki itd? Oglądając podawanie punktacji wiedziałam, jaki kraj komu ile da punktów. Pod tym kątem wiele znanych osób zgadza się ze stwierdzeniem, że trzeba zmienić sposób przyznawania punktów. Wielu ludzi ten aspekt punktacji zniechęca do oglądania Eurowizji. A sam w sobie konkurs przecież zły nie jest:)
I tak na podsumowanie tegoroczna zwyciężczyni:):



niedziela, 20 maja 2012

Noc muzeów 2012

Z wczoraj na dziś odbyła się Noc Muzeów. Był ktoś? Ja byłam wraz z chłopakiem po raz pierwszy. W poprzednich latach nie było możliwości, bo wypadały mi zjazdy na studiach zaocznych, albo chłopak nie miałby jak u mnie przenocować. Teraz jednak postanowiliśmy pójść. Jechaliśmy z zamiarem zobaczenia paru miejsc: Bibliotekę Centralną Polskiego Związku Niewidomych, Muzeum Techniki, Synagogę, Fotoplastikon i w dobrym przypadku Muzeum Ewolucji lub też Pałac w Wilanowie. Z tego wszystkiego udało nam się tylko zwiedzić bibliotekę. Przyjechaliśmy tam na 20, bo według programu miały zacząć się warsztaty. Właściwie ich nie było, ale wrażeń dostarczyło nam w ogóle bycie w tym miejscu... ale o tym później napiszę. Po bibliotece, w której byliśmy do 22, postanowiliśmy pojechać do Synagogi, gdzie od 22.30 miały zacząć się wycieczki po niej. Dotarliśmy na 22.20, doszliśmy... a tam duuuuża kolejka. Mężczyzna mój spytał ze zdziwieniem i lekkim oburzeniem czy ja chcę w tej kolejce stać, a ja odpowiedziałam, że owszem, ponieważ kolejka szybko szła. I szła szybko... do czasu:/ Kiedy już praktycznie byliśmy z 5 metrów od wejścia, kolejka stanęła. No więc trzeba było poczekać. Stoimy... stoimy... stoimy... no i stoimy. Mija 10, 20, 30, 50 minut i nic!! Przesuwaliśmy się do przodu tylko dzięki temu, że ludzie rezygnowali. Mnie już nogi dawały w kość, bo jednak stanie i chodzenie w dwie godziny w balerinach bez możliwości usadzenia swych czterech liter, a następnie kolejne stanie nie dawało zbytnio fascynujących odczuć. Wreszcie ktoś stojący za nami o godzinie 23.20 wysłał swoją córę, żeby dowiedziała się od goryla, kiedy to wszystko się ruszy. Dziewczę wróciło po jakimś czasie i mówi, że o północy. Moja reakcja w myślach: WTF?! Czekam godzinę i mam jeszcze czekać kolejne 40 minut, żeby wejść i zobaczyć synagogę?! Co można pokazywać ludziom przez 1,5 godziny w małym miejscu? W kościołach tyle nie dałoby rady się pokazać.... no i skapitulowaliśmy. Chłopak dał mi wolną rękę, że on może poczekać, że jeśli mi zależy... ale mnie już nie zależało. Jedyne o czym marzyłam, to gdzieś wreszcie usiąść i żeby moje stopy mogły odpocząć. Obydwoje nie mieliśmy sił na pójście jeszcze gdziekolwiek, więc szybko wróciliśmy do akademika i przed pierwszą spaliśmy już twardym snem. A nogi jeszcze teraz bolą:/
Teraz cofając się do zdania relacji z biblioteki. Miejsce fascynujące i jak jesteście z Warszawy i za rok biblioteka otworzy się dla ludzi, to idźcie na to. Jeżeli jesteś nauczycielem, zorganizuj dzieciom wycieczkę tam, ponieważ organizują oni zajęcia, a to i będzie miało walory mega edukacyjne jak i wychowawcze. 
Było jeszcze spokojnie, kiedy przyszliśmy - tylko mała grupa ludzi. Cieszyło mnie to bardzo, bo tłumów zbytnio nie lubię i była możliwość zobaczenia wszystko na spokojnie. Pokazano nam, żebyśmy podeszli do pewnej pani i pana (którzy zresztą byli niewidomi), żeby podać im nasze imiona, a oni napiszą w alfabecie Braille'a. Przyznam, że byliśmy lekko speszeni. Jednak na co dzień, człowiek mało kiedy ma możliwość przebywania z takimi ludzi. Nie wie jak się zachować, boi się zrobić coś głupiego i ogólnie czuje się nieswojo... bo ja widzę a on nie. Podaliśmy imiona; moje imię pani wybiła na maszynie braillowskiej, zaś mojego chłopaka, pan na takiej specjalnej tabliczce. Jak on to szybko zrobił! Dostaliśmy karteczki i akurat zaczęła się wycieczka z inną panią niewidomą i jej suczką - przewodniczką, która chyba zwała się Viva. Na początku, pewien pan opowiadał nam o możliwościach jakie daje dzisiejsza technika. Niewidomi mogą słuchać audiobooków, ze specjalnych urządzeń, wielkości może połowy dłoni, które bez problemu wyszukają Tobie stronę czy rozdział. Mogą przyspieszyć tempo czytania jak i bardzo spowolnić - jak prawie przeliterowanie. Mają kartę pamięci, którą wystarczy wsadzić do komputera, gdzie można wysłuchać książkę, przeczytać jeśli jest się słabowidzącym, lub jak zrozumiałam poprzez chyba specjalny program zamienić to na alfabet Braille'a i wydrukować - ale z tym akurat to nie jestem pewna czy dobrze usłyszałam. Przykładowo "Lalka" B. Prusa jest w 15 tomach napisanych w alfabecie Braille'a, a w tym małym cudeńku mieści się całość. 
Następnie zostaliśmy przeprowadzeni do "Galerii", gdzie mieliśmy możliwość zobaczenia książeczek dla dzieci, które miały dodatkowo specjalne plastikowe wkładki z alfabetem Braille'a. Książeczki przeznaczone były np. dla niewidomego dziecka i widzącego rodzica lub też odwrotnie. Oprócz tego można było samemu pobawić się i napisać coś na maszynie braillowskiej lub też na specjalnej tabliczce - tej, na której wcześniej niewidomy napisał imię mojego chłopaka. Postanowiłam sama też napisać jego imię:) Coś ciężkiego. Pierwszy problem, że trzeba było to zrobić od tyłu, i jeszcze te wszystkie układy każdej z literek. Po pierwszych dwóch literach zrezygnowałam z tego. Mieliśmy możliwość zobaczenia jak wyglądał kiedyś sposób pisania przez niewidomych. Były różne alfabety. Było pismo Wilhelma Kleina czy też alfabet Wiliama Moona. 

Mniej więcej tak wyglądała ta tabliczka. Tu: Rosyjska tabliczka dwustronna, interlinijna

Pismo Wilhelma Kleina
Alfabet Wiliama Moona

Fascynujące było przejrzenie atlasów geograficznych, tablicy Mendelejewa, książek do nauki. Coś wspaniałego, jak sobie ci ludzie radzą. Po tym wszystkim przeszliśmy do biblioteki z audiobookami. Ogólnie nic nie usłyszeliśmy co tam opowiadano, bo była za duża grupa i byliśmy na samym końcu grupy:/ Następnie udaliśmy się już z nową panią przewodnik i jej psem Fokusem do biblioteki z woluminami. Opowiedziała nam swoją historię, jak straciła wzrok na drugim roku studiów przez wypadek komunikacyjny. Jest dziennikarką, prowadzi radiową audycję, pracuje w bibliotece. A Fokus ma dziewięć lat i a jego spojrzenie było tak śliczne i mądre, że chciałoby się go zagłaskać:) Poszliśmy wgłąb biblioteki, gdzie opowiedziano nam o woluminach, pokazano pracę urządzeń do pisania - czego nie widziałam, bo znowu wyszło, że byliśmy gdzieś pod koniec;/ Jednak potem dopchałam się i miałam możliwość zobaczenia, jak pani wywija na maszynie braillowskiej. Taka prędkość zszokowała wszystkich. Wytłumaczyła nam, jaka jest zasada pisania (na maszynie macie tylko sześć przycisków) i na życzenie paru osób napisała jakieś zdania. Odpowiedziała też na paręnaście pytań, po czym wycofaliśmy się z pomieszczenia.
Po zwiedzeniu wszystkiego, stanęliśmy w kolejce do miejsca, gdzie mieliśmy przez moment poczuć się jak osoba niewidoma. Był to najprawdopodobniej korytarz, w którym było ciemno. Dodatkowo dostawało się opaskę na oczy i laskę. Obok szedł przewodnik, który miał jak coś udzielić pomocy. Na drodze stały różne przedmioty jako przeszkody. Ja mogę powiedzieć, że na jedną wpadłabym, ale dało się jakoś radę:) Inna trasa zaliczała jeszcze schody - na szczęście ta trasa mnie ominęła, ale mój chłopak miał nią przyjemność iść. Ogólnie wrażenie jest na swój sposób fascynujące i straszne zarazem. Nic nie widzisz, tylko ciemność i musisz iść. Laska sporo pomaga, jednak w momencie jak się natrafia na przeszkodę jest ta chwila lęku co dalej... czy w bok czy jak? I miałam takie nieodparte wrażenie, że zaraz o coś walnę głową. Tak mocne to było przeświadczenie, że chcąc czy nie, coraz bardziej swoją głowę schylałam. Okazało się, że nie tylko ja miałam takie odczucie, bo mój chłopak podobne i też ciągle schylał się. W kolejce staliśmy dosyć długo, pomimo że nie było tak dużo osób. Staliśmy 45 minut... a za nami kolejka rosła coraz bardziej. W międzyczasie stania, obejrzeliśmy gry planszowe itd, jakimi posługują się osoby niewidome. Był chińczyk z wypustkami czy kostka Rubika, domino, gdzie oczka były wypukłe, szachy, warcaby i książeczka z paletą barw. Z początku nie rozumiałam o co chodzi z nią. Jak kolory mogą mieć faktury (materiały), np: kolor czarny taki był mechaty. I zrozumiałam! Bo przypomniały mi się przeglądane wcześniej książeczki w tym materiałowe. Materiały były różne w dotyku, a dzieci w taki sposób miały rozróżniać kolory. Mężczyzna mój postanowił także rozwiązać grę z zasłoniętymi oczami, w której zadaniem było wsadzenie odpowiednich kółeczek z kolorem - materiałem o różnej fakturze, to odpowiednich dziurek, w której też był dany kolor/faktura. Poradził sobie naprawdę bardzo dobrze z tym:) i podsumował, że jest ciężko, bo palce bolą po macaniu materiału.
Wyszliśmy z biblioteki o 22. Kolejka za nami do ciemnego pomieszczenia była niesamowita. Pracownicy byli pozytywnie zaskoczeni, ponieważ nie spodziewali się takiego napływu ludzi. Była to ich pierwsza Nocy Muzeów, ale nie zdziwię się, że zachęceni tak dużym zainteresowaniem otworzą swoje drzwi i w następnym roku. To były naprawdę niesamowite dwie godziny. Dwie godziny edukacji i jeszcze większego wzrostu szacunku dla tych ludzi, za to jak sobie potrafią radzić. Nie żałuję, że tam poszliśmy, a gdybym mogła to poszłabym tam jeszcze raz.

piątek, 18 maja 2012

Akademik

Nudząc się, a właściwie nie chcąc się uczyć na zbliżającą się szybkimi krokami sesję, postanowiłam napisać notkę. Zastanawiając się nad tym, o czym napiszę, a pomysłów o dziwo sporo, postanowiłam popisać trochę i ponudzić oooo ... ale najpierw obejrzcie;) 

 

Kiedyś sobie powiedziałam, że nigdy w życiu nie będę mieszkać w akademiku. Jak to w moim przypadku się zdarza, zawsze, ale to zawsze jak mówię, że nigdy to najczęściej to się dzieje :D. No i mieszkam w akademiku. Akademik zawsze kojarzył mi się z wielkim syfem, brudem, uciekającymi po kątach robalami, jedną łazienką na całe piętro, mega wielkimi imprezami i w ogóle jedną wielką masakrą (ogólnie ten filmik świetnie przekazuje moje wyobrażenia;D). Za pewne w naszej Polsce jeszcze takie akademiki istnieją, (jak np akademik UJ, który po interwencji Sanepidu został  dopiero odremontowany na picuś glancuś - oczywiście linka jak na złość teraz nie dam rady znaleźć) ale chyba już są rzadkością?
Moje pierwsze zetknięcie z akademikiem było przed studiami dziennymi, kiedy przyjechałam na noc do chłopaka. Wchodząc przeżyłam szok, bo nigdzie nie zobaczyłam syfu ani karalucha. Wszędzie było ładnie, czysto, jasno - obłęd! Akademik bardzo mi się spodobał. Było cicho i naprawdę wysoki standard. Tak mi się spodobał, że postanowiłam próbować dostać się na tę uczelnię, do której one należą i tak już się męczę w nich trzeci rok, a jeszcze czekają dwa kolejne.
Przeżywając ten trzeci rok, mogę tylko powiedzieć, że nie każdy nadaje się do akademika. Trzeba mieć dużo nerwów do tego, bo wszystko zależy na jakiego człowieka trafisz w pokoju. Chyba też lepiej nie kierować się liczbą osób w pokoju. Na pierwszym roku postanowiłam być w pokoju dwuosobowym, bo doszłam do wniosku, że łatwiej sobie poradzę z jedną laską, niż gdybym miała przeciwko sobie dwie. No i się przejechałam, bo z tą jedną nie dawałam sobie rady:/ Na kolejny rok już poszłam do trójki z koleżanką, gdzie ma to swoje plusy, ale też minusy, bo nie wiemy nigdy jaka ta trzecia się pojawi.
Ale do rzeczy. Jeśli jesteś pedantem i zamieszkasz z brudasem czy bałaganiarzem, nie wyrobisz nerwowo, wiem to z doświadczenia. Jeśli lubisz ciszę i spokój, i trafi Ci się imprezowicz (lub też odwrotnie) też masz przerąbane. Ogólnie jedyną receptą na to, żeby przeżyć w spokoju mieszkanie, to mieć dopasowanych do siebie współlokatorów. Ciężko jest wytłumaczyć imprezowiczowi, że lubisz ciszę i spokój, i nie kręci Ciebie wypicie iluś butelek czegoś tam; lub bałaganiarzowi, że fajnie byłoby chociaż raz na tydzień, a nie wtedy kiedy już worek ze śmieciami dostał własne życie, iść go wyrzucić. Pewnie jest też inaczej, kiedy mieszkają faceci, a kiedy mieszkają razem dziewczyny. Z obserwacji życia mojego chłopaka w akademiku, panowie nie szczypali się, opierniczali i wyzywali wzajemnie ile się dało o coś, co drugiemu nie pasowało. Powiedzieli co chcieli, zrobili, był spokój i normalnie do siebie odzywali. Zastosuj to teraz wśród dziewczyn: "nie powiem, bo się jeszcze obrazi", "nie powiem, bo będzie potem mścić się", " nie powiem, bo mnie obgada"; a jak już powiem, to jest foch! Jeden wielki FOCH, jak stąd do Krakowa, bo śmiałaś zwrócić uwagę. Cytując mojego chłopaka: "Wy baby nie macie jaj!" i zgadzam się, nie mamy:/ Bo my za dużo myślimy, żeby dogodzić innym i tego efekt, że nam żółć podchodzi do gardła na widok drażniących rzeczy, ale słowem się nie odezwiemy i idziemy co najwyżej obgadać współlokatorkę do kogoś.
Mieszkanie w akademiku jednak ma też swój urok. Możesz poznać nowych ludzi, nowe znajomości; jeśli znasz w miarę dobrze język, to możesz go bardziej rozwinąć i poczuć się bardziej międzynarodowo;) A ludzie są różni. Jedni przyjeżdżają do akademika nastawieni na naukę i spokój; a inni na ciągłe imprezowanie i ta druga grupa przeżywa najczęściej ciężki szok, że w naszym akademiku jest tak spokojnie i nie ma wielkich imprez i w ogóle jak tak można?! Przypomina mi się od razu nasza 'chwilowa' współlokatorka (mieszkała aż tydzień z nami - Bogu chwała!), której pierwszym pytaniem do nas, i do innych ludzi, do których potem chciała się przenieść, to jest czy robimy imprezy. Oczywiście wielkie rozczarowanie, że nie. Nie, nie pije się na korytarzach, nie nie ma imprez na korytarzach, tak mamy obchód o północy i robi się spokojnie na korytarzach (wspominałam, że laska lat 25 i dwie inżynierki?)... no i biedna wyprowadziła się od nas, bo nie mogła przeżyć, że my nie imprezowe:D
W pokoju trzeba też niezłomnie ustanawiać jakieś zasady. Przykładowo dyżury sprzątania pokoju czy łazienki, żeby nie wyszło, że tylko Tobie zależy na czystości. Uszanowanie drugiej osoby: uczysz się - to nie zwalę Tobie na głowę moich pięciu koleżanek i będę sobie z nimi 'cicho' gadać, aż pół korytarza będzie słyszeć itd. Ale to wszystko zależy od ludzi. Bo trafi Ci się idiota i nic, ale to nic nie pomoże tylko przeprowadzka, ot tyle!

środa, 16 maja 2012

Pomarudźmy o czystości

Mija prawie tydzień od momentu założenia bloga i byłam już bliska myśli, że stworzenie tego było złym pomysłem, bo i tak w nim nic nie napiszę. Owszem, pomysłów sporo na różnego typu notki jest, jednakże mam wrażenie, że publikując cokolwiek w Internecie, na kilometr wszyscy będą wiedzieć, że to właśnie JA z imienia i nazwiska to wymyśliłam:D Dlatego też zawsze dłuuugo zastanawiam się, jeśli cokolwiek stworzę, sprawdzam po ileś razy (pod kątem stylistycznym, gramatycznym i czy w ogóle to ma jakieś ręce i nogi) i rozmyślam jak odbiorą to inni. Ogólnie sporo osób już mi mówiło, że powinnam założyć bloga, bo ciekawie piszę i dobrze zrobi mi wygadanie się, ale jakiś dystans zostaje...
Zapomniałam napisać w pierwszej notce, tak dla wyjaśnienia przyszłych notek, że autorka tego bloga, pochodząca z małej, ślicznej na swój sposób miejscowości, studiuje sobie w naszej stolicy Warszawce na jednej z lepszych publicznych uczelni i to na dodatek jeden z mało opłacalnych kierunków patrząc pod kątem aktualnego rynku pracy czyli pedagogikę;P i na dodatek ma tą przyjemność lub też nie, jak kto woli... mieszkać w akademiku, które polem do obserwacji jest nieziemskim. Z początku pedagogika nie była kierunkiem z wyboru. Miała być psychologia, ale autorka nie dostała się. Potem socjologia, gdzie też się nie dostała... i została pedagogika, na którą nie chciała iść, ale teraz nie żałuje;) Autorka lubi dzieci, lubi z nimi pracować i naprawdę widzi siebie w zawodzie, który sobie wybrała (a nie polega on na byciu nauczycielką), co się rzadko zdarza, bo aktualnie ludzie idą po to, żeby cokolwiek studiować. Ale wracając, żeby nie zanudzać przejdźmy do tego, żeby coś ciekawego napisać:)
Dzisiaj po kolejnym wziętym prysznicu w ohydnym, brudnym i owłosionym brodziku, postanowiłam sobie o tym po marudzić. Mamy to "szczęście", że mieszkamy w segmencie z Erasmusami: Hiszpanami oraz Turkiem. I tak sobie patrząc na nich, na Erasmusów z poprzedniego roku i dwa lata temu, dochodzę do wniosku ze współlokatorami, że oni przyjeżdżają chyba wypuszczeni z dziczy. Czy Francuzi, Hiszpanie, Grecy czy Turcy... zawsze... ale to zawsze bałaganią, imprezują ile wlezie i opijają się naszą wódką. Nasz sąsiad Turek, każdego dnia śmierdzi wódeczką i papierosami. Jak chce się przejść z pokoju do łazienki, a akurat on przechodził, to zatka was z braku powietrza. Zachowują się tak, jakby tu mogli tylko imprezować, pić itd. Gdyby to robili jeszcze kulturalnie, ale czasami przebijają w zachowaniu naszych rodaków. Ale my tu nie o tym;) Nasi sąsiedzi nie dbają o porządek w łazience. Łazienka, dobro wspólne, więc obowiązkiem każdego pokoju w określonym tygodniu jest dbanie o nią. Oczywiście teoria z praktyką mija się. Łazienka po jednym dniu wygląda tak, jakby nie była myta (gdzie wina leży też wśród polskich użytkowniczek, bo też nie dbają:/). Najgorzej wygląda jednak sytuacja z prysznicem, gdzie walają się włosy użytkowników. Ludzie albo nie zbierają ich z brodzika, albo z kafelek przed brodzikiem.. a jak już wyjmują z krateczki spływu, to zamiast je wyrzucić, rzucają obok spływu... przychodzi człowiek się myć, a tam włosów czarnych kupa... czekać tylko jak się okaże, że to jakaś kobitka z horroru japońskiego wyłoni się z nich :D Nic nie dają kartki napisane po polsku i po angielsku z pięknymi, czerwonymi podkreśleniami. Z Polkami jakoś sobie poradziłyśmy, ale do jednego Erasmusa nie dociera kartka. Nie wiem.. może nie umie czytać i stąd problem. Któregoś pięknego dnia chyba, wezmę, zbiorę te włosy, zapukam do pokoju tego Hiszpana i włożę mu do ręki jego wspaniałe kudły z informacją, że coś zgubił. Żeby jeszcze te włosy, które zostawia to były zwykłe z głowy... ale nieeee! To są łoniaki:/ Szlachetne łoniaczki są wszędzie!! W brodziku, na kafelkach (nawet na wysokości twarzy!!). Po prostu obłęd! I nic sobie z tego nie robi. Weźmie prysznic, wytrze się i wyjdzie spod niego. Kartka wisi jak wół tak, że wchodząc od razu rzuca się w oczy. Ale chyba jednak teoria braku umiejętności czytania potwierdzi się co do niego. Właściwie człowiek już nie wie, jak ma do nich dotrzeć. Zostaje chyba osobiste zwrócenie uwagi, ale zanim z moim językiem angielskim coś miałabym powiedzieć, to minie z 5 minut:/ A z drugiej strony w segmencie jest aktualnie osób 8, z tego 5 Polaków, to czemu ja mam akurat zwracać uwagę? Nie rozumiem przede wszystkim jak można wziąć w łapę włosy, wyjąć je i zostawić obok spływu. Jeśli nie brzydziła się ta osoba wyjąć te włosy, to tak samo mogła już je dłużej potrzymać i wywalić do kosza na śmieci. Bo to wyjęcie i tak nic nie da i tak. Jest tylko obrzydliwy efekt. Już mniej rażą te włosy w spływie. Jeszcze dzięki włosom prysznic kolejny raz już nam się zatyka i jutro lub pojutrze będzie groziło nam podtopienie w brodziku, jak i poza nim, bo wybija zarazem z prysznica i spływu jak leje się woda. Ale i tak to nie podziała na ludzi. Bo poprzednim razem nie podziałało i kudły, jak były tak są. Po prostu można to wszystko podsumować tym, że rodzice chyba nie potrafią swoich dzieci nauczyć, że włosy po kąpieli to spłukuje się oraz wyciąga i wyrzuca!

piątek, 11 maja 2012

Zaczynamy

No i stało się. Po długim rozmyślaniu założyłam bloga. Znając życie, po niedługim czasie umrze on śmiercią naturalną, ponieważ nie będę miała sił, chęci oraz pomysłu do pisania w nim. Miałam już kilka podejść do pisania blogów i zawsze przygoda kończyła się w taki sam sposób. Ale może z tym blogiem będzie inaczej? Blog wygląda na razie jak wygląda... pewnie jeszcze z naście razy pozmieniam wygląd i wszystkie inne ustawienia, bo zawsze muszę posprawdzać wszystkie funkcje. A o czym będzie ten blog? Będzie o wszystkim i o niczym. O moich spostrzeżeniach, poglądach, myślach na dany temat czy ogólnie o życiu moim czy innych... czyli jak sama nazwa wskazuje, takie drugie spojrzenie na świat ;) Może dodatkowo będą publikowane posty jeszcze innej osóbki, jeśli się oczywiście zgodzi;) ale o tym innym razem.