Tak jak myślałam i przepowiadałam, blog sobie umiera śmiercią powolną. Wina właściwie leży nie w tym, że człowiek nie ma o czym pisać. Właśnie jest dużo rzeczy, o których można byłoby pisać. Ale nie chce się. W moim przypadku pisanie posta zajmuje ponad godzinę, jak nie lepiej. Dlaczego? Dlatego, że to nie jest taki super spontan. Nie piszę i nie wysyłam od razu. Notka pisana jest skrupulatnie, sprawdzam po parę razy gramatykę, stylistykę, żeby wstydu nie było. Dodaję, usuwam.. no i jeszcze samo pisanie zajmuje trochę czasu - bom gaduła to i dużo tekstu. Tak więc, jak mnie nachodzi chęć, to szybko ona ze mnie uchodzi na myśl o tej całej procedurze. A już tyle razy od października miałam popisać.. Tyle rzeczy się działo, że głowa mała. O tym też chciałam pisać... ale leń, smutek, niechęć, strach wszystko to co miało wpływ ostatnio na moje życie zniechęcało do większego wysiłku. Nie obiecuję poprawy, bo pewnie na tym wpisie się skończy moja mega wielka chęć pisania czegokolwiek. Bo też człowiek podświadomie chciałby, żeby ktoś to czytał. Nawet, jak są to nudy o niczym. Żeby chociaż jakaś dyskusja była w komentarzach czy coś... Zobaczymy czy się zbiorę za pisanie. Jeśli w najbliższym czasie nie zbierzemy dup ze Szkotlandką i czegoś nie zaczniemy tworzyć, to najlepszym rozwiązaniem będzie tak, jak w przypadku już paru jej czy naszych wspólnych prób pisania, po prostu usunąć bloga, ot co.