niedziela, 20 maja 2012

Noc muzeów 2012

Z wczoraj na dziś odbyła się Noc Muzeów. Był ktoś? Ja byłam wraz z chłopakiem po raz pierwszy. W poprzednich latach nie było możliwości, bo wypadały mi zjazdy na studiach zaocznych, albo chłopak nie miałby jak u mnie przenocować. Teraz jednak postanowiliśmy pójść. Jechaliśmy z zamiarem zobaczenia paru miejsc: Bibliotekę Centralną Polskiego Związku Niewidomych, Muzeum Techniki, Synagogę, Fotoplastikon i w dobrym przypadku Muzeum Ewolucji lub też Pałac w Wilanowie. Z tego wszystkiego udało nam się tylko zwiedzić bibliotekę. Przyjechaliśmy tam na 20, bo według programu miały zacząć się warsztaty. Właściwie ich nie było, ale wrażeń dostarczyło nam w ogóle bycie w tym miejscu... ale o tym później napiszę. Po bibliotece, w której byliśmy do 22, postanowiliśmy pojechać do Synagogi, gdzie od 22.30 miały zacząć się wycieczki po niej. Dotarliśmy na 22.20, doszliśmy... a tam duuuuża kolejka. Mężczyzna mój spytał ze zdziwieniem i lekkim oburzeniem czy ja chcę w tej kolejce stać, a ja odpowiedziałam, że owszem, ponieważ kolejka szybko szła. I szła szybko... do czasu:/ Kiedy już praktycznie byliśmy z 5 metrów od wejścia, kolejka stanęła. No więc trzeba było poczekać. Stoimy... stoimy... stoimy... no i stoimy. Mija 10, 20, 30, 50 minut i nic!! Przesuwaliśmy się do przodu tylko dzięki temu, że ludzie rezygnowali. Mnie już nogi dawały w kość, bo jednak stanie i chodzenie w dwie godziny w balerinach bez możliwości usadzenia swych czterech liter, a następnie kolejne stanie nie dawało zbytnio fascynujących odczuć. Wreszcie ktoś stojący za nami o godzinie 23.20 wysłał swoją córę, żeby dowiedziała się od goryla, kiedy to wszystko się ruszy. Dziewczę wróciło po jakimś czasie i mówi, że o północy. Moja reakcja w myślach: WTF?! Czekam godzinę i mam jeszcze czekać kolejne 40 minut, żeby wejść i zobaczyć synagogę?! Co można pokazywać ludziom przez 1,5 godziny w małym miejscu? W kościołach tyle nie dałoby rady się pokazać.... no i skapitulowaliśmy. Chłopak dał mi wolną rękę, że on może poczekać, że jeśli mi zależy... ale mnie już nie zależało. Jedyne o czym marzyłam, to gdzieś wreszcie usiąść i żeby moje stopy mogły odpocząć. Obydwoje nie mieliśmy sił na pójście jeszcze gdziekolwiek, więc szybko wróciliśmy do akademika i przed pierwszą spaliśmy już twardym snem. A nogi jeszcze teraz bolą:/
Teraz cofając się do zdania relacji z biblioteki. Miejsce fascynujące i jak jesteście z Warszawy i za rok biblioteka otworzy się dla ludzi, to idźcie na to. Jeżeli jesteś nauczycielem, zorganizuj dzieciom wycieczkę tam, ponieważ organizują oni zajęcia, a to i będzie miało walory mega edukacyjne jak i wychowawcze. 
Było jeszcze spokojnie, kiedy przyszliśmy - tylko mała grupa ludzi. Cieszyło mnie to bardzo, bo tłumów zbytnio nie lubię i była możliwość zobaczenia wszystko na spokojnie. Pokazano nam, żebyśmy podeszli do pewnej pani i pana (którzy zresztą byli niewidomi), żeby podać im nasze imiona, a oni napiszą w alfabecie Braille'a. Przyznam, że byliśmy lekko speszeni. Jednak na co dzień, człowiek mało kiedy ma możliwość przebywania z takimi ludzi. Nie wie jak się zachować, boi się zrobić coś głupiego i ogólnie czuje się nieswojo... bo ja widzę a on nie. Podaliśmy imiona; moje imię pani wybiła na maszynie braillowskiej, zaś mojego chłopaka, pan na takiej specjalnej tabliczce. Jak on to szybko zrobił! Dostaliśmy karteczki i akurat zaczęła się wycieczka z inną panią niewidomą i jej suczką - przewodniczką, która chyba zwała się Viva. Na początku, pewien pan opowiadał nam o możliwościach jakie daje dzisiejsza technika. Niewidomi mogą słuchać audiobooków, ze specjalnych urządzeń, wielkości może połowy dłoni, które bez problemu wyszukają Tobie stronę czy rozdział. Mogą przyspieszyć tempo czytania jak i bardzo spowolnić - jak prawie przeliterowanie. Mają kartę pamięci, którą wystarczy wsadzić do komputera, gdzie można wysłuchać książkę, przeczytać jeśli jest się słabowidzącym, lub jak zrozumiałam poprzez chyba specjalny program zamienić to na alfabet Braille'a i wydrukować - ale z tym akurat to nie jestem pewna czy dobrze usłyszałam. Przykładowo "Lalka" B. Prusa jest w 15 tomach napisanych w alfabecie Braille'a, a w tym małym cudeńku mieści się całość. 
Następnie zostaliśmy przeprowadzeni do "Galerii", gdzie mieliśmy możliwość zobaczenia książeczek dla dzieci, które miały dodatkowo specjalne plastikowe wkładki z alfabetem Braille'a. Książeczki przeznaczone były np. dla niewidomego dziecka i widzącego rodzica lub też odwrotnie. Oprócz tego można było samemu pobawić się i napisać coś na maszynie braillowskiej lub też na specjalnej tabliczce - tej, na której wcześniej niewidomy napisał imię mojego chłopaka. Postanowiłam sama też napisać jego imię:) Coś ciężkiego. Pierwszy problem, że trzeba było to zrobić od tyłu, i jeszcze te wszystkie układy każdej z literek. Po pierwszych dwóch literach zrezygnowałam z tego. Mieliśmy możliwość zobaczenia jak wyglądał kiedyś sposób pisania przez niewidomych. Były różne alfabety. Było pismo Wilhelma Kleina czy też alfabet Wiliama Moona. 

Mniej więcej tak wyglądała ta tabliczka. Tu: Rosyjska tabliczka dwustronna, interlinijna

Pismo Wilhelma Kleina
Alfabet Wiliama Moona

Fascynujące było przejrzenie atlasów geograficznych, tablicy Mendelejewa, książek do nauki. Coś wspaniałego, jak sobie ci ludzie radzą. Po tym wszystkim przeszliśmy do biblioteki z audiobookami. Ogólnie nic nie usłyszeliśmy co tam opowiadano, bo była za duża grupa i byliśmy na samym końcu grupy:/ Następnie udaliśmy się już z nową panią przewodnik i jej psem Fokusem do biblioteki z woluminami. Opowiedziała nam swoją historię, jak straciła wzrok na drugim roku studiów przez wypadek komunikacyjny. Jest dziennikarką, prowadzi radiową audycję, pracuje w bibliotece. A Fokus ma dziewięć lat i a jego spojrzenie było tak śliczne i mądre, że chciałoby się go zagłaskać:) Poszliśmy wgłąb biblioteki, gdzie opowiedziano nam o woluminach, pokazano pracę urządzeń do pisania - czego nie widziałam, bo znowu wyszło, że byliśmy gdzieś pod koniec;/ Jednak potem dopchałam się i miałam możliwość zobaczenia, jak pani wywija na maszynie braillowskiej. Taka prędkość zszokowała wszystkich. Wytłumaczyła nam, jaka jest zasada pisania (na maszynie macie tylko sześć przycisków) i na życzenie paru osób napisała jakieś zdania. Odpowiedziała też na paręnaście pytań, po czym wycofaliśmy się z pomieszczenia.
Po zwiedzeniu wszystkiego, stanęliśmy w kolejce do miejsca, gdzie mieliśmy przez moment poczuć się jak osoba niewidoma. Był to najprawdopodobniej korytarz, w którym było ciemno. Dodatkowo dostawało się opaskę na oczy i laskę. Obok szedł przewodnik, który miał jak coś udzielić pomocy. Na drodze stały różne przedmioty jako przeszkody. Ja mogę powiedzieć, że na jedną wpadłabym, ale dało się jakoś radę:) Inna trasa zaliczała jeszcze schody - na szczęście ta trasa mnie ominęła, ale mój chłopak miał nią przyjemność iść. Ogólnie wrażenie jest na swój sposób fascynujące i straszne zarazem. Nic nie widzisz, tylko ciemność i musisz iść. Laska sporo pomaga, jednak w momencie jak się natrafia na przeszkodę jest ta chwila lęku co dalej... czy w bok czy jak? I miałam takie nieodparte wrażenie, że zaraz o coś walnę głową. Tak mocne to było przeświadczenie, że chcąc czy nie, coraz bardziej swoją głowę schylałam. Okazało się, że nie tylko ja miałam takie odczucie, bo mój chłopak podobne i też ciągle schylał się. W kolejce staliśmy dosyć długo, pomimo że nie było tak dużo osób. Staliśmy 45 minut... a za nami kolejka rosła coraz bardziej. W międzyczasie stania, obejrzeliśmy gry planszowe itd, jakimi posługują się osoby niewidome. Był chińczyk z wypustkami czy kostka Rubika, domino, gdzie oczka były wypukłe, szachy, warcaby i książeczka z paletą barw. Z początku nie rozumiałam o co chodzi z nią. Jak kolory mogą mieć faktury (materiały), np: kolor czarny taki był mechaty. I zrozumiałam! Bo przypomniały mi się przeglądane wcześniej książeczki w tym materiałowe. Materiały były różne w dotyku, a dzieci w taki sposób miały rozróżniać kolory. Mężczyzna mój postanowił także rozwiązać grę z zasłoniętymi oczami, w której zadaniem było wsadzenie odpowiednich kółeczek z kolorem - materiałem o różnej fakturze, to odpowiednich dziurek, w której też był dany kolor/faktura. Poradził sobie naprawdę bardzo dobrze z tym:) i podsumował, że jest ciężko, bo palce bolą po macaniu materiału.
Wyszliśmy z biblioteki o 22. Kolejka za nami do ciemnego pomieszczenia była niesamowita. Pracownicy byli pozytywnie zaskoczeni, ponieważ nie spodziewali się takiego napływu ludzi. Była to ich pierwsza Nocy Muzeów, ale nie zdziwię się, że zachęceni tak dużym zainteresowaniem otworzą swoje drzwi i w następnym roku. To były naprawdę niesamowite dwie godziny. Dwie godziny edukacji i jeszcze większego wzrostu szacunku dla tych ludzi, za to jak sobie potrafią radzić. Nie żałuję, że tam poszliśmy, a gdybym mogła to poszłabym tam jeszcze raz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz